michalgrzeskowiak.pl: Rozwojowe- nierozwojowe

Niedawno wracając pociągiem z Warszawy, gdy byłem już dosyć zmęczony, chciałem poczytać sobie coś lekkiego. Otworzyłem mój czytnik, w którym jest ponad 80 tytułów i chciałem wybrać coś niewymagającego ani nadmiernego myślenia, ani notowania kluczowych kwestii. Na pierwszej stronie nie znalazłem, na drugiej też nie, na trzeciej…

Na tej długiej liście książek, mądrych książek, książek które poprawiają jakość życia, nie znalazłem ani jednej książki, która nie byłaby typowo rozwojowa (psychologiczna, naukowa, poradnikowa). Nie znalazłem powieści, sensacji ani fantastyki. I poczułem się z tym dziwnie. Poczułem, że nie chcę być ekstremalnie rozwojowy, przerozwojowany jak automat, odcinający wszystko co niby nie jest rozwojowe. Nie chcę stać się wiecznie naprawiającym managerem, który już ma wyznaczone normy i targety na kolejne pięćdziesiąt lat.

Wpadłem w pułapkę tworzenia sztucznego podziału. Teraz myślę, że podział na rozwojowe i nierozwojowe jest naciągany. Ostatnio na warsztatach teatralnych, na których w pierwszej kolejności poznajemy siebie poprzez różne doświadczenia, mówiłem o zmianie jaką czułem po długiej medytacji. I ktoś powiedział, że też chciałby jechać na taką, idealizując że tylko w ten sposób można zwiększyć swoją świadomość. Ale to kolejna ściema, w którą łatwo nam uwierzyć. Przez takie myślenie odcinamy sobie niepotrzebnie dostęp do rozwoju, który jest na każdym kroku. Nie trzeba nigdzie jechać- można osiągnąć dokładnie ten sam stan kładąc płytki podłogowe, jadąc na rowerze czy czesząc włosy.

Mniejsze znaczenie ma to co robimy, a większe to jak i dlaczego to robimy. A już myślenie, że jest nam niezbędny jakiś konkretny kurs, miejsce czy nauczyciel, jest marketingowym mydleniem oczu. Do pracy nad sobą potrzebujesz uważnej obecności i otwartej głowy. To wszystko! Nikt nie jest w stanie ci tego sprzedać.

Wczoraj rozmawiałem ze znajomym, który jest przekonany, że praca u kogoś jest gorsza. Pracuje na etacie, z poczuciem że nie powinien i dlatego czuje się z tym gorzej. I to kolejna ucieczka- myślenie, że kiedykolwiek pracujemy dla kogoś innego niż dla siebie. Tak, możemy być zatrudnieni na etacie w czyjejś firmie, ale nawet pracując u kogoś pracujesz zawsze dla siebie. Ale mało osób sobie to uświadamia, myśląc że muszą najpierw rzucić pracę i potem na pewno wszystko się magicznie zmieni.

Ostatnio mój znajomy wrzucił ogłoszenie bezpłatnych praktyk w jego firmie, z ogromnymi możliwościami rozwojowymi. I reakcje były skrajne- od “wyzyskujesz ludzi ” do “genialna propozycja”. A dla mnie te skrajne odpowiedzi, to po prostu kwestia postrzegania- czy myślimy, że pracujemy dla kogoś czy dla siebie. Ta pierwsza mówi: pracuję dla kogoś za darmo. Ta druga mówi: pracuję dla siebie, mimo że u kogoś. Z dzisiejszym myśleniem, gdybym był studentem, to wziąłbym taką pracę, widząc długoterminowe pozytywne konsekwencje. A wydawałoby się, że praca na etacie jest taka nierozwojowa. Powiedz to mojemu bratu, który w ciągu ostatnich dwóch lat zrobił największy skok rozwojowo-finansowy, pracując w dużej części u kogoś. Po prostu wiedział, że pracuje zawsze dla siebie, więc postawił na jakość.

Wszyscy i tak się rozwijamy. Większość nieświadomie. Część obsesyjnie i trochę sekciarsko. A ja chcę się rozwijać naturalnie. Korzystając czasami z profesjonalnych metod, szkoleń i książek, ale też, a może przede wszystkim, korzystając z życia samego w sobie we wszystkich jego formach i przejawach. Pamiętając, że zawsze pracuję dla siebie. I pamiętając też, że nawet głupi filmik, jedno zmarnowanie popołudnie i wypite piwo wcale rozwojowi nie przeczą 🙂