Im bardziej chcę być szczęśliwy i skupiam się na swoim tylko szczęściu, tym mniej czuję się szczęśliwy, za to bardziej oddzielony od wszystkiego i wszystkich. Chcąc własnego szczęścia zaczynam się od niego oddalać, bo omijam oczywiste przecież doświadczenia, których miałem setki. Te doświadczenia, to poczucie jedności z czymś lub z kimś, zawsze wtedy, gdy szczęście niejako mnie odwiedzało bez wysiłku. Nie myślałem o nim, po prostu byłem szczęśliwy, właściwie nawet o tym nie wiedząc.

Bo im bardziej szczęśliwy jestem, tym bardziej czuję jakbym znikał, w takim sensie, że znika oddzielenie mnie jako osobnego bycia (szukającego, cierpiącego, niepełnego), a jest bycie pasją, interakcją, rozmową, grupą przyjaciół, spotkaniem, działaniem, przyrodą, całą chwilą, bez oddzieleń. I tam jest właśnie szczęście- najprostsze, najczystsze, najlżejsze. Gdy przestaję go szukać, ono znajduje mnie.

Zawsze gdy się boję, to o tym zapominam. Ze strachu chcę się oddzielić. Zapewnić sobie zupełną niezależność, samowystarczalność, bez świata i ludzi. Bo “świat i ludzie mogliby mi moje skarby odebrać”. Tylko, że te skarby zaczynają wtedy tracić blask. Nie mają się w czym odbijać, żeby ich światło mogło zabłysnąć. Stają się brzydkie i ciężkie, ze szczęścia zmieniają się w źródło nieszczęścia. W osamotnienie, które ma gorzki smak. Im dalej w tym kierunku, tym bardziej gorzki. A im dalej się brnie, tym trudniej zrezygnować, bo wtedy trzeba pogodzić się z błędem. Duma nie pozwala, bo nie cierpi się mylić. I mimo, że się myli, to udaje, kłamie, wkłada maski- większość energii psychicznej idzie na pozowanie. Ale osamotnienie jest faktem i boli jak cholera.

W porządku jest chcieć być szczęśliwym, ale szczęścia nie zdobywa ich się tymi samymi metodami, co walka o przetrwanie. Kierunek jest przeciwny- nie zdobywam szczęścia, tylko je zauważam w zewnętrznych odbiciach tego, co ze mnie emanuje. A moim zadaniem jest tylko pozwolić na to, zgodzić się na tą genialną prostotę, zakończyć walkę.

Osamotnienie to bolesna choroba, na którą coraz łatwiej dzisiaj zapaść. Paradoksalnie lekarstwem na osamotnienie może być… odosobnienie.

Odosobnienie to krótkotrwałe narzędzie, którego celem jest powrót do swojego serca. Sposób na to, aby odkrywać swój skarb, którym chcemy dzielić się w innymi, bo to jest natura szczęścia. Tymczasowe odosobnienie to przeciwieństwo osamotnienia, bo pozwala wejść w ból samotności, przejść przez niego i na dnie znaleźć skarb, z którym chcemy wrócić do ludzi, ze świadomością, że drugi człowiek, to nie jakiś obcy, który zagraża mojemu szczęściu, ale to taki inny ja, który pomaga mi doświadczać mojego szczęścia w pełni. Trochę inny ja, jak trochę inny promień tego samego słońca. Każdy inny promień jest tym samym słońcem.

Wiem, że każdy z nas na najgłębszym poziomie o tym wie. Wiem, że każdy radzi sobie tak jak może, żeby uzdrowić się z samotności. Wiem, że samotność to nic innego jak tęsknota za prawdziwym sobą. Tęsknisz? To dobrze- pozwól tej nawigacji doprowadzić się do domu. Jeden zakręt naraz.

m

29 kwietnia, 2018

Dodaj komentarz